+48 514 930 711
kontakt@elquatro.pl
ELQ00027

Producenci, po co Wam beat battle?

Jak zwykle nie obyło się bez pytań, gdzie uderzałem na sylwestrową imprezę. No uderzaniem bym tego nie nazwał, ale mój pilot może być odmiennego zdania. Co roku spędzam Sylwestra przed telewizorem i nie inaczej było tej nocy. Dobra, trochę inaczej. Sukcesywnie zwiększany katalog Netflixa potrafi przyprawić o ból głowy. Coś mnie jednak łączy z tymi wszystkimi ochlejmordami, lecz oni doświadczą tego dopiero nazajutrz. Część pytających wpędziłem w stan osłupienia, resztę w stan politowania. Jak to, będziesz oglądać seriale w taką noc? Nikt z kolegów Cię nie zaprosił? Nic z tych rzeczy tak naprawdę. Po prostu nie zależy mi na świętowaniu w dniu, który uważam za nieróżniący się niczym od pozostałych. A już tym bardziej nie mam zamiaru uczestniczyć w chorej rywalizacji o najlepszą kreację czy gorączkować się, że mój bal będzie mniej wykwintniej wystawiony niż bal kolegi z pracy. Nie szukam rywalizacji w miejscach, gdzie zabawa jej ustępuje. Bo nie powinna! Potem nadchodzi czas postanowień noworocznych, których przestałem słuchać. Zawsze śmieszyły mnie ambitne wizje rzucenia palenia czy oszczędzania, które ziściły się w jednej czwartej. W dodatku przez pierwsze trzy tygodnie. Palę, bo lubię. Nie oszczędzam, bo nieustannie czuję głód poznawania nowej muzyki na płytach. Dlatego też nigdy nie składam sobie wybujałych deklaracji wraz z rozpoczęciem roku, bo tutaj zamiast rywalizacji ze samym sobą dla odmiany występuje właśnie zabawa. Może to zaśmierdzi hipokryzją, ale – ku zaskoczeniu samego siebie – mam jedno postanowienie. Znaczy się bardziej jest to życzenie. Zamierzam w nadchodzącym roku znaleźć więcej rywalizacji tam, gdzie musi koniecznie odgrywać jedną z głównych ról. Szczególnie na organizowanych od wielu lat w Polsce imprezach z cyklu beat battle.

Battle. Schlacht. Bataille. бой. Döyüş. W wolnym tłumaczeniu zwyczajnie bitwa. Czy samo to słowo nie brzmi jak powiew gorzkiego powietrza nad zwłokami tysięcy żołnierzy? Jak agresja na takim poziomie, że nawet najwybitniejsi socjolodzy nie odważą się jej opisać? Jak zakrwawione, obolałe pięści? Bitwa jest synonimem rywalizacji, której próżno szukać na bitwach producentów. Zjeździłem z moim przyjacielem Cokiem wszystkie beat battle, na których miał okazję startować. Mniejsza o rezultaty i szczegółowe rozstrzygnięcia kolejnych szczebli drabinki. Mniejsza o poszczególne nazwiska. Startował w pierwszych znanych nam mistrzostwach w Poznaniu, w których nagrodą była zgrzewka wódki. Zwyciężył producent pochodzący ze stolicy Wielkopolski. Przypadek? Na kolejnym beat battle we Wrocławiu tytuł mistrzowski zdobył mieszkaniec Dolnego Śląska. Potem znowu odwiedziliśmy poznański klub Czytelnia, stawiając się na drugiej edycji. Trzecią i czwartą odpuściliśmy. Piątą zapamiętałem jako jeden wielki rozmach, a poziom organizacji jako międzynarodowy. Myślę, że Red Bull mógłby podłapać kilka sztuczek. Dostosowaliśmy się, a jakże, stawiając się tego wieczora w sile szesnastu głów i gorąco dopingowaliśmy Coka. Wspieraliśmy go również w Katowicach oraz ostatnim razem w Łodzi. Udział w pierwszych dwóch wydarzeniach stanowił dla mnie novum, więc bez najmniejszego problemu mógłbym odtworzyć wszystkie pojedynki, nawet wybudzony niespodziewanie o 3:00 w nocy. Obraz z późniejszych niestety wraz z upływem czasu staje się powoli coraz bardziej mglisty. Jedna rzecz natomiast pozostaje niezmienna od bodaj pierwszej edycji. Zwyciężają produkcje topowe, nie najlepsze. Zjawisko, które zabija ducha rywalizacji.
Już pierwsze obserwowane przeze mnie bitwy cierpiały na tę dolegliwość. W modzie były wtedy samplowane produkcje, które na dobre wyparły elektronikę ze sceny. Producenci gustujący w syntezatorach, jak nie w eliminacjach, to odpadali w początkowych rundach. Kto nie marzył o prześcignięciu brzmienia Pete Rocka, mógł nawet nie zastanawiać się nad tym, jakie kanapki ma zapakować do plecaka, dzięki któremu stylizował się na Buckshota. Nie powiem, bo pojawiali się na scenie tacy, których utwory się wyróżniały. Były unikatowe, świeże, ponadczasowe? Umiejętnie łączyli oni zagrany klawisz z perfekcyjnie dociętym samplem lub – żeby nie pomylić ich fascynacji ze złotą erą – nie samplowali jazzu, a rock progresywny czy muzykę celtycką, wzbogacając to o detroitową perkusję. Zajmowali dla zasady miejsca wysokie, ale nigdy gwarantujące podium. Kiedy jeden Pete Rock i drugi Pete Rock stali na scenie, wygrywał ten, którego beaty miały wysamplowane wokale. Najlepiej tak wysokie wokale, że mogłyby służyć jako ścieżka dźwiękowa do biografii Felixa Baumgartnera. Najwyraźniej coraz bardziej zmęczeni tym mechanizmem producenci zaczęli poszukiwać i kombinować. Postawy, które mogły mieć pośredni wpływ na obraz obecnej sceny.

Dzisiaj nie zawsze wygrywa lepszy producent. Najczęściej wygrywa ten, którego produkcje są zachowane w pożądanej aktualnie stylistyce. Idę o zakład, że w sytuacji, gdy dwóch producentów o identycznych umiejętnościach stanie naprzeciw siebie, zaprezentują po jednym całkiem odmiennym stylistycznie nagraniu, jury zasugeruje się obowiązującymi trendami. Wyobraźcie sobie, że do walki z jakimś chrzanowskim producentem staje Organized Noize. Któż nigdy nie podniecał się na choćby wzmiankę o ATLiens czy Aquemini, co? Tak więc wyobraźcie sobie bitwę, podczas której DJ puszcza Jazzy Belle, Sleepy Brown w swoim futrze buja się na prawo i lewo, Rico Wade co jakiś czas zza okularów spogląda na najładniejszą dziewczynę w klubie, a Ray Murray z przyzwyczajenia udaje, że stuka w pady swojej Akai MPC. Zresztą, bez sensu tak fantazjować. Te nieśmiertelne produkcje nie przeszłyby nawet eliminacji. Teraz nie liczy się vibe, brzmienie czy melodia, a jazgot i łomot. W sytuacji, w której trudno jednogłośnie podjąć jakąś zasadną decyzję, jurorzy mogą spojrzeć od niechcenia na publikę i mimowolnie zasugerować się jej reakcją. Wiadomo, że tej nie porwie inne brzmienie niż współczesne, a przecież nie można jej nawet delikatnie urazić. W końcu bez publiczności traci sens każda tego typu impreza.

Uczestnictwo w beat battle każdy z producentów powinien potraktować jak firmy traktują udział w branżowych targach. Celem pojawienia się na scenie nie powinna być chęć rozgromienia rywala, pokazania swoich pazurów, czy zgarnięcia głównej nagrody i późniejszego spieniężenia jej jak na Polaka przystało. Bitwy powinny być wykorzystane jako pożyteczny PR czy zwykły marketing. Wpaść, przypomnieć o sobie, pojechać do domu. Zwracam się zwłaszcza do producentów młodych, którzy po przejściu pierwszej rundy myśleli, że niebawem wygrają następny konkurs na remix Beyonce. Tymczasem odpadli w trzeciej, a ich samoocena z powrotem staje się niska jak poziom ich rozpoznawalności. Chłopcy, spokojnie. Na tych imprezach rywalizacja nie istnieje, choćby producenci stali na scenie z minami jak bokserzy podczas ważenia. Wynik jest łatwy do przewidzenia, a samo zwycięstwo nie przynosi chwały. Bierzcie udział w bitwach, ale wyłącznie dla zabawy. Prawdopodobieństwo, że po takiej bitwie wygryziecie z rynku Timbalanda jest mniejsze niż telefon od Aaliyah, która miałaby o tym ostatecznie zadecydować.

Modest

ELQ00028