+48 514 930 711
kontakt@elquatro.pl
Polski rap, a "polski" tylko z nazwy. W rzeczywistości to taki z niego Snapchat

Polski rap, a „polski” tylko z nazwy. W rzeczywistości to taki z niego Snapchat

Kiedy już spotkam się z Cokiem i zaczniemy rozmawiać o muzyce, jesteśmy rozpędzeni jak – miejmy nadzieję – Lewandowski z Milikiem na przyszłych Mistrzostwach Świata. Zwykle te rozmowy są pasjonujące i wyczerpujące, ale z każdej – zupełnie tak jakby to były „promocje” w Biedronce – zawsze coś wynoszę. Bardzo mnie one motywują i inspirują. Zazwyczaj miejscem akcji są ulice Zagórza, po których łazimy, a mijani znajomi mogą jedynie się dziwić, że jak to tak dwóch chłopów tyle czasu może się szwendać i rozmawiać bez browara. Ostatnio do jednej z tych rozmów dołączył kaeesy kaeesy. Z browarem. Przyznaję, że była to chyba jedna z najciekawszych rozmów, jakie w życiu wspólnie przeprowadziliśmy. Powiedzmy, że jej wiodącym tematem było – w dużym uproszczeniu – dziedzictwo. Muzyki? Polskość muzyki? Zwykłe, niezobowiązujące pierdolenie o czymś? Tak czy inaczej, spotkało się trzech chłopaków z bloków i rozważali bez końca.

Jasne, odnosiliśmy sukcesy na arenie międzynarodowej. Miles Davis fascynował się Michałem Urbaniakiem. Tomasz Stańko w takim Londynie był kiedyś bardziej popularny od Wojciecha Szczęsnego. Płyty Jerzego Miliana, Big Bandu Katowice czy kogokolwiek innego z plakietką Polish Jazz są bardziej dostępne (i tańsze) w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. Krzysztof Komeda, Roman Polański*, Urszula Dudziak, jazz, Grażyna Łobaszewska. Ponoć Japończycy w swoich upodobaniach stawiają polski jazz wyżej niż ten korzenny, amerykański. Autentycznie. Widziałem fragment jakiejś ichniejszej telenoweli typu N Jak Nienawiść, w której rozmawiały sobie dwie sympatyczne Azjatki, przeżywały rozstanie jednej z nich z jakimś Yakuzą, a w tle leciał nasz rodzimy jazz. Chuj w to. Ogromnym uznaniem na zachodzie cieszył się również Breakout czy SBB. I kiedy tak sobie o tym pomyślę, jeszcze bardziej niż zwykle cieszę się z tego, że jestem Polakiem! Odczuwam dumę! Tak, naprężam swoją zapadniętą klatę z przekonaniem, że nikt mi nie podskoczy. Niech podchodzą pojedynczo, żeby nikt przypadkiem dwa razy nie dostał! Problem w tym, że tego dnia na będzińskim rejonie zaczęliśmy się zastanawiać skąd taka popularność polskiej muzyki w Stanach? Dlaczego liczni cudzoziemscy diggerzy, w każdym krakowskim sklepie z winylami, swoje poszukiwania zaczynają od nadwiślańskiego jazzu? I odwrotnie. Czemu udając się do pierwszego lepszego sklepu na zadupiu w Północnej Dakocie, sprzedawca zagai Cię o Tadeusza Nalepę jak tylko się dowie, żeś Polak?

Rozmawialiśmy dalej, a nasza dyskusja co rusz przeskakiwała po różnych płaszczyznach. W żadnym wypadku nie chciałbym teraz zabrzmieć jak jebany ignorant. Wolałbym nie palnąć czegoś deprecjonującego dorobek powyższych artystów, ponieważ każdego z nich szanuję i namiętnie słucham. Zmierzam jednak do tego, że w zdecydowanej większości tworzyli oni muzykę zachodnią. Nie była ona zaadoptowana na polskie podwórko i często nie zawierała ona w sobie tego pożądanego polskiego pierwiastka. Pierwiastka polskości. Teksty były napisane i zaśpiewane w języku polskim, nie przeczę, ale warstwa muzyczna była zachowana w zachodniej stylistyce. Najwidoczniej to musiało urzec Amerykanów i powodować, że zakochiwali się w tych płytach bez opamiętania. W końcu uwielbiali muzykę. Swoją muzykę, jak to Jankesi. A w tym konkretnym przypadku tak się wsłuchiwali w wymyślne improwizacje, że nie zwracali uwagi na śpiewanie po jakiemuś tam. Odbierali ją jak swoją, zapominając, że pochodzi z najodleglejszych rejonów Europy.

W ten sposób nasza dyskusja dotarła do etapu, w którym skupiliśmy się głównie na adaptacji zachodnich dóbr muzycznych na naszym podwórku. A uściślając, mieliśmy na myśli rap. Najpierw szukaliśmy kogoś, o kim naprawdę można powiedzieć, że tworzył stricte polską muzykę, a nie tylko przenosił zachodnie brzmienia na rodzimy grunt. Po kilku próbach znaleźliśmy. Padło na Grzegorza Ciechowskiego. Już pod pseudonimem Grzegorz Z Ciechowa tworzył wspaniałe rzeczy, bazując na polskim folkloru. Zresztą jego twórczość mogłaby idealnie wzbogacić polski rap, bo pod muzykę z takich Umarłych Słów mogłyby dziś na spokojnie nawinąć Dwa Sławy, a nie odstawałoby to pod kątem spójności od żadnego utworu z Dandys Flow. No więc, drodzy beatmakerzy, jak produkować muzykę dla polskich raperów, aby w końcu zerwać z łatką kalki? Aby nareszcie zaprzestano powtarzać wyświechtane już prawidło, że polski rap to nic innego jak Ameryka? Mówią tak teraz, gdy króluje nowoczesność. Mówiono tak niegdyś, gdy każdy domorosły producent chciał być jak Pete Rock. Z drugiej strony jak nie mówić? Wyrywkowo oglądam polskie wideoklipy, a pewnego razu włączyłem jakiś szlagier, ubóstwianego przez Childisha Gambino wszystkich zespołu Migos. Oniemiałem, bo zobaczyłem identyczne ruchy jak w polskich teledyskach i posłuchałem tych samych podkładów. Zauważyłem te same fryzury, trendy. Z tą różnicą, że to nie Amerykanie naśladują Polaków. I nigdy nie naśladowali. Tak więc może zamiast pozwalać dalej na wtórność, nastał czas na stworzenie swojego, swojskiego, unikatowego brzmienia?

Spójrzcie na Francuzów – bez ich smutnego pianinka świat wydawałby się mimo wszystko… smutniejszy? Spójrzcie na Niemców i ich syntetyczne brzmienia, tak samo dokuczające uszom jak język. Wielka Brytania stworzyła swój gatunek – grime, który ma swoją niemal romantyczną (nie mylić z cukierkową) genezę. A co my moglibyśmy wprowadzić do tej muzyki poza klapkami Kuboty w klipach? Jako pierwsze nasuwa się disco-polo. Nigdy nie interesowałem się historią tej muzyki, ale podejrzewam, że wywodzi się z jakiejś włoskiej listy przebojów. W świadomości Polaka jednak od zawsze tkwi jako polskie. Ale czy wyobrażacie sobie Quebonafide, który nawija pod muzykę Ona Tańczy Dla Mnie? Nie liczę różnego rodzaju jajcarskich mash-upów. Coś chyba eksperymentował Sobota, ale nie oszukujmy się – to niedopuszczalne. Niestety coraz więcej moich znajomych bez żadnej krępacji słucha disco-polo, nuci teksty piosenek na pamięć i zetknąłem się z przemycaniem tam rapu. Zdarzali się jacyś rapujący wannabe Funky Filona, ale wiadomo – wszystko zostało w kręgach odbiorcy tego nurtu, który słuchał tych rymowanek bez zażenowania. A może folklor, pieśni ludowe? Według mnie wydawałoby się to najbardziej na miejscu. Tylko że zrobił to już Matheo i Donatan, więc pozostali wystraszyliby się zabierać za folk. Choćby w obawie przed ostracyzmem. Bo przecież to rżnięcie Donatana, wykorzystywanie jego jakże intratnego patentu. Rżnięcie powiadacie? Lepiej już kreować rozpoznawalne brzmienie na bazie sampli z polskiej muzyki ludowej niż układać gotowe pętle z paczek, no nie?

Niekiedy tęsknię za czasami, gdy hip-hop był synonimem łysych dresów i uśmiercania nieprawdziwych. Wspominam writerów i ich opowieści o tym, jak potrafili stać całymi dniami pod wolnymi ścianami na mieście, aby namierzyć gostków, którzy niechlubnie zżynają ich litery. Naprawdę. W tamtych czasach układanie klocków z gotowymi melodiami było niezwykle napiętnowane i oznaczało, że ktoś z lenistwa działa na eJay Music Maker. Wspomniałem już wcześniej, że nastał idealny czas na nadanie tożsamości naszej muzyce rap. Wyodrębnienie stylistyki, która to od narodzin była jedynie formą odtworzenia. Tylko trochę si w tym wszystkim pogubiliśmy. Ludzie ulegli przewartościowaniu. Zamiast wypracować styl, którego Niemcy mogliby nam pozazdrościć, a Japończycy jego plony wykorzystywać w swoich operach mydlanych, wolimy się kurwa wyzywać od złodziejów. Najgorsze, że za zgodą czołowych i rozpoznawalnych przedstawicieli gatunku, którzy swoimi wypowiedziami, broniącymi swoich kumpli, dają niejako przyzwolenie na tę wojnę. A może już mamy tę polskość, którą pospiesznie przeoczyłem? W końcu kłótnia i wzajemne oskarżanie się to taki polski atrybut. Od zawsze. Obecny również w środowisku rapowym. Rapowym. Rap, rap, rap… Dzisiejszy rap jest dla mnie jak Snapchat – zdaję sobie sprawę z jego popularności, ale kompletnie nie rozumiem, o co w nim chodzi.

Modest

PS. Przypominam o trwającym konkursie, w którym możesz wygrać konto premium na Spotify! Z tej okazji również zachęcam od odsłuchania ostatniego albumu z katalogu elQuatro Nagrania!

Zdjęcie: Mirosław Stępniak

* Sprawdzam Cię mordeczko!