+48 514 930 711
kontakt@elquatro.pl
ELQ00070

Jak brzmiałby Jay-Z, gdyby słuchał rapu?

Pewien chłopiec, zamieszkujący tak głęboką prowincję, że nawet Elon Musk mógłby do niej nie dotrzeć, marzył o zostaniu listonoszem. Nie nadawał się jednak do żadnej pracy z ludźmi, ponieważ był neurotyczną osobą. Nie radził sobie ze stresem, był nieśmiały i bardzo zakompleksiony, a lęki czy uczucie niepokoju odczuwał intensywniej od rówieśników. Chłopak miał problem w nawiązywaniu z nimi relacji, a jego jedynym przyjacielem był radioodbiornik. Dzięki niemu zafascynował się muzyką do tego stopnia, że jakiś czas później próbował swoich sił w grze na gitarze, na skrzypcach i na akordeonie. Zapragnął nagle kariery muzycznej. Choć wiązał swoją przyszłość z rockiem, namiętnie ubóstwiał brzmienie Motown. Tyle tylko, że żaden z niego Edwin Starr. Nie dysponował potężnym głosem lub anielskim wokalem. Zresztą umówmy się, w muzyce rockowej śpiew schodzi niejako na dalszy plan, a od nikogo nie oczekuje się, że będzie drugim Ianem Gillanem. Zwłaszcza od gitarzysty. W myśl tej zasady przyszłość naszego bohatera nie zapowiadała się różowo. Wiedział przecież doskonale, że nie jest w stanie improwizować przez kilkadziesiąt minut niczym Jerry Garcia! Co mógłby więc zrobić w tej sytuacji? Mając świadomość własnych niedoskonałości, pójść do jakiegoś programu typu X Factor? A w jakim celu? Żeby zostać publicznie upokorzonym przez najbardziej błyskotliwego szydercę z jurorskiej loży? Żeby nie wyłapać ironii z tego maratonu rugania i do samego końca myśleć, że wsłuchuje się w ciąg komplementów? A może lepiej by było wystartować w Festiwalu Piosenki Angielskiej w Zespole Szkół Elektronicznych w Sosnowcu i zgarnąć nagrodę pocieszenia? Nie, nie lepiej. Nie zważając na przeciwności losu konsekwentnie próbował, a kilka lat później przeprowadził się do Nowego Jorku i założył Talking Heads. David Byrne, we własnej osobie. Legenda. Showman. Na scenie bardziej krzyczał niż śpiewał i wił się po niej jak kabel od odkurzacza. Przekreślało to jego wielką karierę, a mimo to stał się jedną z najbardziej wyrazistych postaci w historii muzyki rozrywkowej. Przekreślało to tę karierę jedynie teoretycznie, ponieważ historia Byrne’a dowodzi, że każde ograniczenie da się przeobrazić w niewyobrażalny atut. A charakterystyczne ruchy sceniczne stały się jego znakiem firmowym!

W polskim rapie tak rzadko używa się wyobraźni. Większość młodych polskich MC’s w ogóle nie inspiruje się podobnymi historiami. Szkoda, bo rzutuje to na kondycję całego gatunku. Sama już próba zapożyczenia poszczególnych wątków z życia osób niezwiązanych z naszym środowiskiem oraz zaszczepienia ich do własnych działań jest fascynująca. A jeśli do tego przyniesie wymierne efekty to staje się przykładem kreatywnego działania. Czy nie warto zapoznać się z opowieściami Beatlesów i dowiedzieć się jak Paul McCartney potrafił stworzyć piosenkę, inspirując się przypadkowym plakatem, reklamującym występ cyrkowców, a potem przyjąć ten sam sposób myślenia? Czy w chwilach zwątpienia spróbować sięgnąć do życiorysu Zlatana Ibrahimovicia i wykształcić w sobie podobną mentalność zwycięzcy? Uzmysłowić sobie, dlaczego Tomasz Beksiński nienawidził rapu i wprowadzić do swoich zwrotek kilka sztuczek, które mogłyby zaimponować – oczyma wyobraźni, z wiadomych przyczyn – młodemu Beksińskiemu? Przyznaję, że mogłem zostać źle zrozumiany. Nie sugeruję, że skoro oni osiągnęli coś w życiu, to każdy postępujący podobnie, również będzie kimś wielkim. Ich historie nie są poradnikami. Bynajmniej. Nie mówię, że inspirując się takimi osobistościami będziesz od razu lepszy, ale na pewno osiągniesz wyższy poziom niż wcześniej. Poza tym umysł należy mieć otwarty. Zawsze. Problem w tym, że dzisiaj jedynie garstka o tym pamięta.

Śledząc tak sobie te różne życiorysy, w większości z nich zaobserwowałem jeden wspólny wątek. Potrzeba matką wynalazków i te sprawy, ograniczenia i sposoby ich pokonywania. Ograniczenia, które wyzwalają nieskończone pokłady kreatywności. Nie chcę się powtarzać jak to pierwsi hip-hopowcy z Bronxu musieli nieustannie wybierać: być gwiazdą podwórkowych imprez czy ofiarą wojny gangów, znalezioną gdzieś w ślepym zaułku? Powtarzano to już stukrotnie. Tak samo nie będę mówił o tym jak pierwsi turntabliści wymyślili, że ich instrumentem będzie gramofon. Na wieść o tym taki Antonio Stradivari pewnie do dzisiaj śmieje się w grobie. Niemniej pewne prawidłowości mogą z tego wynikać. Wiadomo, próg wejścia do świata hip-hopu zawsze był niski. MC nie musiał ukończyć wokalistyki, żeby rapować. Producent nie musiał być multiinstrumentalistą, żeby produkować najlepsze beaty. Jedno się nie zmieniło na przestrzeni lat – hip-hop to nadal sztuka, którą obowiązuje podstawowa zasada: coś z niczego. Wcześniej jednak te słowa miały jakby większy sens. Dzisiaj ewoluują do niewielkiej parafrazy: nic z czegoś. Szlaki zostały przetarte przez pionierów, którym gówniaki wyłącznie dogryzają. Nie znają oni świata bez komputerów i internetu, a od małego posiadają smartfony z aplikacją do robienia beatów. Dzieciaki żyją w czasach względnego dobrobytu, a na pewno w porównaniu z naszym dzieciństwem. Nie znają poczucia bycia gorszym, odczuwalnego najbardziej pod sklepikiem szkolnym, gdy rówieśnicy, obżerając się chrupkami, wyzywali od biedaków, podczas gdy ostatnie kieszonkowe odkładałeś na pierwszy mikrofon. My chcieliśmy się jakoś wyróżnić, dlatego dbaliśmy o styl. Mieliśmy wrażenie, że z czymś walczymy. Każdy z nas wolał tworzyć rap, żeby nie wsiąknąć w patologię. Dawniej naśladujący czyjś styl mogli wyłapać w gębę, a dzisiaj mówi się o podążaniu za trendami. O czym więc młodzi raperzy mogą mi dzisiaj opowiedzieć? O kodeinie, której nigdy nie widzieli na oczy? O alkoholu i narkotykach, czyli – nie bójmy się tego powiedzieć – o patologii, przed którą my za wszelką cenę chcieliśmy uciec? Wkurwiam się, gdy widzę wielu młodych chłopców z potencjałem, którzy za pomocą auto-tune’a wmawiają mi, że wciąganie prochu jest w porządku. Czym formułują kreski? Dowodem, którego z racji na wiek jeszcze nie posiadają? Coś czuję, że po pierwszym wezwaniu na komendę staliby się bohaterami piosenek tej drugiej, bardziej sztywnej grupy. Bohaterami na literę K jak ich ukochana kodeina.

ELQ00071

Niestety zdaję sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy świadkami zmiany pokoleniowej. Widzimy jak deformuje się sposób myślenia, postrzegania i komunikacji. Z coraz mniejszym zdziwieniem obserwuję jak ludzie, chcąc wywołać kogoś na dwór (nie, nie na pole!), wolą wysłać filmik z zapytaniem na Snapchacie niż napisać czasochłonnego SMS’a. Ludzie ulegli tendencji do upraszczania. Najbardziej preferują krótkie formy wideo, a nawet dochodzą mnie słuchy, że i same teledyski potrafią ich męczyć. Stąd też większą popularnością od produkcji kinowych cieszą się seriale. O czytaniu czegokolwiek boję się wspominać. Akceptuję to, lecz z olbrzymim zdziwieniem. W tym kontekście oczywistym wydaje się, że młodzi będą nagrywać rap machinalnie i bezrefleksyjnie. W końcu nie po to wszystko upraszczają, żeby teraz znaleźć dodatkowy czas na chwilę refleksji. Nie potrzebują rozmyślać nad tym jak filozofia Bruce’a Lee może wpłynąć na ich twórczość. Co ich obchodzi jakiś tam David Byrne? Skoro kurier z ich najnowszą bluzą zapuka do drzwi w ciągu doby, a po najnowsze płyty nie muszą jeździć poza miasto, bo mają Spotify, czemu się dziwić, że chcą robić wielkie kariery w ciągu roku? Pójść na łatwiznę? Nie zmienił się jeden trend w polskim rapie – nadal jest więcej raperów niż słuchaczy. Sam rap nie wychodzi poza internet. Siedzą więc wszyscy przed ekranem i nakręcają się wzajemnie. Z tym że kiedyś robiło to trzech kumpli z bloku, dziś trzydziestu z grupy na Facebooku. Na jednej z nich znalazłem dwa utwory, nie pamiętam kogo. Jeden nazywał się Quebonafide, a drugi Ten Typ Mes. Ów raper intonował w refrenie, że zamierza wygrać życie jak Quebonafide. Zastanawiam się teraz, czy to tylko wyrachowany wabik na wyświetlenia, czy serio Quebo jest jego największym autorytetem? Sama historia anonimowego gościa z Ciechanowa, który przeskoczył przygodę z mainstreamem, założył własne mocarstwo i wypromował wiele zdolniach, osobiście mi imponuje. Miałem okazję korespondować z QueQuality i przyznaję, że są to naprawdę w porządku chłopaki. Pytanie z kolei brzmi, dlaczego początkujących raperów stać na czerpanie z dorobku „tylko” Quebonafide? W tym świecie przecież nie brakuje osobistości!

Przepraszam bardzo. Czerpią jeszcze z kilku amerykańskich płyt, które wyszły maksymalnie trzy lata temu. Migosy, różne Lile, ale niestety nie Lilu. Kiedyś usłyszałem kilka razy, że skoro siedzę w polskim rapie, to powinienem słuchać polskiego rapu i nic poza tym. Gówno prawda! Jay-Z nie słuchał rapu, a od dziecka był karmiony soulową klasyką przez rodziców. Jego idolami z dzieciństwa byli muzycy pokroju Marvina Gaye’a lub Isaaca Hayesa, a nie Rev Run czy MC Serch. Później już, gdy zaczął rapować w ulicznych kołach, nie starał się powielać dokonań Rakima czy Ice Cube’a, a deptać im po piętach! Gdyby nie postanowił przeszczepić swojej muzycznej świadomości na hip-hopowy język, być może nigdy nie usłyszelibyśmy The Blueprint. A przynajmniej nie w tej stylistyce. Jak w świetle tego powinien postępować MC Kowalski? Może gdyby do grona jego ulubionych muzyków należeli Tomasz Stańko, Halina Frąckowiak czy Kuba Badach, nie wspominałoby się ani słowem o powielaniu Ameryki? Jednocześnie nie popadajmy w skrajność – każdy z mojego rocznika w dzieciństwie spędzał niedzielny poranek przy disco-polo, a jakoś żaden nie nawija jak jakiś kurwa Cypis. Status Quo czy T.Rex doceniłem dopiero po latach i uważam, że sample z takiego glam rocka mogłyby być częścią bardzo wartościowych produkcji. Zaraz się jednak znajdzie jakiś bakłażan, głoszący swoje manifesty: ile można ciąć te wtórne sample? Tak jakby ucieczka w nowoczesne brzmienia rozwiązywała z urzędu problem wtórności. Słysząc tego typu hasła wiem, że mam do czynienia z brakiem wspominanej kreatywności. Jednemu nie chce się myśleć nad odświeżeniem pewnej formuły, a drugiemu szukać nowych rozwiązań. Proponuję więc dwie zmiany: playlisty na Spotify i producenta na takiego, którego idolem nie jest Mike Will Made It, a – nie wiem – Quincy Jones.

Współczesny rap jest bezwzględny. Pionierzy lub wyznawcy jazz-hopu są obśmiewani przez młodych, którym zaś w głowie tylko cipki i złote zęby. Owszem, czasem trafi się taki Kendrick Lamar, który raz zrobi współcześnie brzmiącą płytę, żeby po następnej zostawić wrażenie, jakby wyprodukowali ją Kenneth Gamble i Leon Huff. Ciężko zachować jakiś balans. W tych czasach musisz umieć śpiewać albo przynajmniej tak dobrze fałszować, że nikt się nie zorientuje. Wskazana jest szybka nawijka lub przynajmniej przyspieszenia. Co więc z klasycznymi raperami, którzy w brawurowy sposób umieją kłaść zwrotki na beatach, ale nadal hołdują starym zasadom i wartościom? Czy oni mogą nagrać album, który jeśli nie porwie tłumów, to chociaż częściowo zadowoli słuchaczy każdego obozu? Owszem, mogą! Idealnym przykładem jest tutaj ostatni album grupy De La Soul. Grupy, która od zawsze robi swoje, nie podąża za obowiązującą modą, a każdy z jej albumów jest w jakimś stopniu ponadczasowy. Pos, Trugoy i Mase są kreatywni bez cienia wątpliwości. Pokazują to choćby na koncertach. Układ sceniczny w postaci jednego DJ’a i dwóch MC jest w jakiś sposób ograniczony, prawda? A pomimo tego chłopaki używają tak fajnych patentów na scenie, że potrafią doprowadzić publikę do szału. and the Anonymous Nobody… jest niesamowicie eklektyczną płytą. Nie przypomina płyty rapowej, a płytę, w której rap jest jednym ze zastosowanych środków. W numerze z Davidem Byrnem raz słyszę Talking Heads, a raz starych dobrych kumpli z Nowego Jorku. Lord Intended zabiera nas na chwilę do początków hard rocka, zaś Drawn – dzięki uroczej Yukimi Nagano – do wczesnych produkcji Little Dragon. Taki Nosed Up jest w moim mniemaniu bardziej oldschoolowy niż stara szkoła i powinien trafić zarówno do twardogłowych jak i do słuchaczy A$AP Mob. Coś pięknego! Płyta to gatunkowy rozstrzał, a brzmi spójnie. Przez dobór gości z różnych muzycznych światów można uznać, że jest to błyskawiczny przelot przez historię czarnej muzyki w nowatorskiej odsłonie. Kwintesencja! Tak powinien wyglądać hip-hop w 2017 roku! Zresztą nie od dziś wiadomo, że najlepsze opowieści snują dziadkowie, co nie? Całe szczęście, że ta trójka jeszcze nie zamierza usiąść na bujanym fotelu.

Kamil „Modest” Świech

ELQ00072